Świadectwo Andrzeja Moskala uczestnika Oazy Modlitwy.
„Współczesny racjonalny człowiek, jeżeli chce się odnaleźć w zgiełku świata, musi się stracić dla innych bowiem żeby ten rachunek się zgadzał, trzeba dawać więcej niż się dostało”
Wybitnie nie leży mi pisanie relacji. Są jakieś takie suche. Zgrzytają w czytaniu bądź to sztucznością, bądź to patosem. Zatem wybacz mi szanowny czytelniku, że będzie to na poły reportaż, na poły świadectwo. Bliżej mi tak do siebie, bliżej mi tak do prawdy, która i tak jest tylko moja. Może w tej mojej prawdzie pojawi się jakiś bliski ci element, a może wszystko to, co wydarzyło się na początku tej wiosny w Janowie Lubelskim, przeżyłeś jeszcze inaczej. Może wreszcie czytać to będą ci, których tam nie było – to będzie zwyczajnie barwniej choć na barwy wiosenne musimy jeszcze poczekać.
Na tę Oazę Modlitwy chcieliśmy „dojechać” bez pośpiechu, bez zbędnej gonitwy. Oznaczało to, że muszę wziąć dzień wolny, bo pracę kończę późno i zanim byśmy się po moim powrocie pozbierali – pościg za straconym czasem i tak by się nie udał, a wtedy wiadomo pojawia się niepokój, jakieś nerwy, coś o barwie niedosytu. A tak, z rana poszedłem na siłownię przyszykować grunt, co oznaczało, że dałem sobie tęgo w kość. Dla (wybaczcie) pierdzistołka klasycznego wysiłek fizyczny to jedyna możliwość wyczyszczenia głowy z cywilizacyjnych złogów. Poza tym trzymam fason i po moim ozdrowieniu – mówią, że cudownym – czuję się nieco zobowiązany jako tako dbać o siebie. Takie mycie wstępne, ale dogłębne i skuteczne sobie urządziłem. Nawet dla nie to niezwykle rzadki luksus na spotkanie rekolekcyjne pojechać z gruntem przygotowanym, oczyszczonym i chętnym.
Witają nas Dorotka i Adaś Ferencowie. Widać przejęcie i radość na ich twarzach. Wypatrują, kto jest, kogo jeszcze nie ma. Krzątają ją to tu, to tam, dopieszczają szczegóły, dogadują detale, autentycznie wręcz dziecinnie cieszą się każdą przybyłą osobą. Pojawia się też i ksiądz Adam Lechwar. Ikona Ruchu, postać ciężko pracująca na swą w pełni zasłużoną – choć na razie jeszcze tylko lokalną – legendę. Uśmiech na twarzy księdza Adama, co typowe, sporo wyprzedza samą jego osobę i ogarnia wszystkich. Jego odcień przybiera różne barwy wyraźnie ożywiając się gdy wzrok pada na osoby, których nie zna.
Zaczynamy. Nieśmiertelne „Zjednoczeni w Duchu” choćbyś nie chciał zwiąże każdą wspólnotę, bo tu już sam Duch rusza do pracy. Tym bardziej ma ułatwione zadanie, że w zasadzie wszyscy się znamy. Lepiej lub gorzej, bliżej lub jako tako, ale zawsze. Rzucamy zaciekawione spojrzenia w kierunku tych, których słabiej kojarzymy.
Konferencje. Pierwsze zdanie jest mocno nietypowe. To dobrze. Lubię gdy coś wystaje poza ramę. Gdy coś brzmi jak kancera. Ks. Adam przypomina stare porzekadło: „jak trwoga, to do Boga”. Bóg ma w sobie moc gromienia trwóg, a tych wokół nas jakoś wyłącznie tylko przybywa. Taka złośliwość. Mi się za każdym razem gdy je słyszę przypomina już mniej znana odpowiedź: „jedyna trwoga gdy bez Boga”. Tak mawiała moja babcia. I rzeczywiście, to On wyprzedza nas nawet na modlitwie. Zawsze gotowy, zawsze obecny. Sam inicjuje każdą z nich. Modlitwa jest u mnie odrębną rzeczywistością, najważniejszym stanem. Modlitwa zatopiona w ciszy nie jest ciszą choć nie rozbrzmiewają w niej żadne słowa. Boży Duch wnika w obecność, jest całym sensem czasu, miejsca. On mnie wydobywa z siebie i sobą mnie przenika. Tak bywa niestety rzadko, zbyt rzadko. Gdy ksiądz Adam opowiada o roli modlitwy mi natychmiast przypomina się, to stwierdzenie, że nie ma nic bardziej męskiego niż modlitwa. Ona czyni mnie prawdziwym mężczyzną. Nie staję się nim sam z siebie, nie jestem męskim samozwańcem. To Bóg mnie czyni mężczyzną lub inaczej – przywraca moją męskość do oryginalnych ustawień fabrycznych. Tak samo jak z mojej żony wydobywa wtedy całe piękno i powab. Urok, który koi męską duszę, wprawia ją w zachwyt. Urok, gdzie wiek nie ma znaczenia, bo on nie przemija. Jest odblaskiem Boskiego piękna, czułości i troskliwości. I tak modlitwa małżeńska, to spotkanie męskiej siły z nieodpartym pięknem. Urok potrzebuje zachwytu, a ja zachwycony nim chcę zachować go tylko dla siebie (taki drobny, nieszkodliwy egoizm). Tak niestety bywa. Reszta życia to codzienność. To znój, obowiązek, rutyna, problemy i zmagania. Ten czas da się oswoić, ucywilizować. Modlitwa w codzienności, o której mówi ks. Lechwar jest taką samą koniecznością jak poniedziałek po niedzieli. Ona jest trudniejsza, ma inne tempo, niekiedy rwana niekiedy wyraża się jedynie westchnieniem gdzie indziej bezwzględną monotonią. Tam gdzie istnieje czas możliwa jest modlitwa. (Tam gdzie nie ma czasu jest już tylko chwała). Gdy o tym myślę, to dochodzę do przekonania, że modlitwa codzienności nie pojawi się w nas bez modlitwy głębi i na odwrót codzienność zmusza nas do schowania się w głębinach Boga gdy staje się nieznośna. Tak jakby rytm modlitewny falował i to się zgadza, bo bez fali nie popłyniesz.
W zamyśle ks. Franciszka Blachnickiego, a ks. Adam nie byłby sobą, gdyby postać założyciela się nie pojawiła na jego ustach, to właśnie modlitwa ta z Namiotu Spotkania, tworzy zręby tworzenia nowego człowieka, wspólnoty i kultury. Bez niej nie ma niezbędnego poznania Boga, ani jego woli. Człowiek przeniknięty Bożą obecnością wnosi ją skutecznie w małżeństwo, rodzinę, wspólnotę. Wspólnota ludzi przenikniętych Bogiem rodzi widoczną, odrębną czyli nową kulturę. Gdy rzeczywiście przeniknięci światłem wchodzimy w życie, nie ma siły które by je zgasiła. Światło ma w sobie prawdę i ład wewnętrzny. Światło porządkuje życie, przewodzi mu, scala, jednoczy. Natychmiast po tym uzmysławiam sobie, że o to światło trzeba dbać. Dolewać oliwy do tej lampy jest jak najbardziej roztropne. Stąd wszystkie „szkoły modlitwy” i „Oazy Modlitwy”, „zobowiązania”. Czerpię bowiem „Światłość ze Światłości” i „Boga prawdziwego z Boga prawdziwego”. Rzeczywistość bez modlitwy jest ciemnością absolutną. Jedynie ona rozprasza ten mrok. Ból polega na tym, że … lubię (niekiedy) chodzić w półmroku. To zwodnicze oszustwo zła. Półmrok tak jak półprawda nie istnieje. Słońca nie zgasisz, choć możesz je na chwilę przesłonić.
Św. Józef. Jak to on – był obecny na tych rekolekcjach w tle. Miał swoje miejsce na piedestale, ale jakoś on do cokołów w ogóle nie pasuje. Działał w tle, zza kurtyny. Tak myślę, że to właśnie dzięki niemu wszystko się spięło, zagrało – słowem udało wyśmienicie. Uczył dyskretnie, pomagał niewidzialnie. I w tym cały urok tego Świętego. Określa się go patriarchą Nowego Testamentu tak jak Abraham był patriarchą Starego Testamentu. Obaj wystawieni na próbę zaufania. Obaj przeszli ją pomyślnie. Zatem Józef uczy zaufania. Jak dla mnie Św. Józef w moim prywatnym panteonie stoi tuż obok Św. Faustyny. Owo „Jezu ufam Tobie” jest tym co u podstaw, jak fundament łączy te dwie postacie – zaufanie. Może w moim/naszym życiu nie pojawiła się konieczność dokonywania tak dramatycznie jednoznacznych wyborów, ale życie w ogóle składa się z całej serii drobnych wyborów. Ich suma już nie jest banalnym wynikiem. Od nich uzależniony jest kierunek w którym ostatecznie zmierza moje życie. Dla nas osobiście Św. Józef jest przedziwną postacią. Takim opiekunem, którego mocy skuteczności nie sposób przecenić, ale dostrzega się ją dopiero po czasie. On jak się okazuje jest z nami przez całe nasze małżeństwo. Zawarliśmy je przed obliczem Jezusa i to Chrystusa Króla w Sanoku by bezpośrednio po tym fakcie trafić wprost w opiekę Św. Józefa do Niska. To on maczał palce gdy szukaliśmy pracy i ja, i Aneta. On nam znalazł wprawdzie małe, ale własne i przytulne mieszkanko w cenie równej temu co posiadaliśmy choć dookoła wszystko było przynajmniej (na tamte czasy) dwa razy droższe. To on nas oddał na chwilę Św. Janowi Pawłowi II do Stalowej Woli, gdzie ze względu na potrzeby naszego syna posługiwaliśmy jakieś 9 lat. Wreszcie to na obrazku z jego wizerunkiem ks. Robert Zachasz (kapelan szpitala w Nisku) wystawił „potwierdzenie” faktu, że byłem w krytycznym momencie, stojąc na granicy życia i śmierci opatrzony sakramentami. Tyle tak na szybko możemy zobaczyć w tej chwili, a pewnie jest tego znacznie więcej. Od momentu gdy na stałe weszła do naszej rodziny modlitwa rodzinna – modlitwa do Św. Józefa jest odmawiana codziennie. Ja szczególnie wypowiadając jej słowa kładę akcent na te dwie prośby: wprowadź Jezusa do naszego domu oraz pomóż przyjąć go do serca. One też uzmysławiają mi, że Józef jest nie mniej chrystocentryczny niż Maryja. Potem mówimy tak „uproś łaskę miłości, zgody i pokoju” i jakby na to nie patrzeć tak się dzieje w naszym życiu, że te przymioty istnieją, są realne, a odstępstwo od nich jest bólem i nieszczęściem. To wreszcie Józef najlepiej uczy, prawdy obecnej w Ruchu, prawdy sztandarowej, podstawowego charyzmatu: posiadania siebie w dawaniu siebie.
Jubileusz: Na co dzień nasze życie toczy się w cyklach pomiędzy sacrum a profanum. Sacrum – znaczy tyle co niecodzienny, święty, niebywały, poświęcony bóstwu; profanum z kolei dotyczy tego co zwykłe, normalne, powszednie. Zatem – tak ostatecznie pewnie będę chciał to zapamiętać, celem roku jubileuszowego jest nauka życia świętością na co dzień. Przed świętami i przed świętością, przed jej przyjęciem trzeba się uporządkować wewnętrznie. To jest poważne postanowienie. Oznacza ono konieczność dokonania znaczących zmian, kto wie czy nie remontu generalnego. Odpust w uproszczeniu to ekipa sprzątająca, systematyczność trwania w świętości jest ekipą budowlaną. Dopóki nie uprzątnie się gruzu nie ma jak ruszyć z poważnym remontem. Obraz remontu (taki mi się pojawił) oznacza duży ruch, trud i czasami znojną, czasami precyzyjną pracę. A kto w tej pracy nas jest skłonny najchętniej wesprzeć, otóż ten, który jest jej patronem Św. Józef. Wiem, że jestem niepoprawny w swoich porównaniach, ale albo wezmę się za remont, albo skończy się to wszystko na odpustowym jarmarku. Na cukrowym lizaku i kilku wystrzałach z kapiszonów.
Pielgrzymi Nadziei: Kim oni są owi pielgrzymi nadziei? Czy ja, czy my nimi jesteśmy? Nadzieja jest w tym czemu brakuje pewności – to jedno, ale nadzieja jest też jakimś oczekiwaniem na rozstrzygnięcie. Ja myślę, że ta pielgrzymka ma swój kres i to bardzo konkretny. Jej doczesnym celem jest zakotwiczenie się w zaufaniu. Dla mnie jeżeli do nadziei dołączy zaufanie, to ów duet stanowi nierozerwalny komplet. I na tej drodze potrzebni, wręcz niezbędni są przewodnicy. Ci którzy zaufali nadziei i z nadzieją doszli do zaufania. Wielu ich. Św. Józef też do nich należy. Z drugiej strony jestem po to dla żony, rodziny, wspólnoty żeby dawać nadzieję i na odwrót żona, rodzina, wspólnota podtrzymują moją nadzieję. Najważniejsze, co można powiedzieć w temacie Nadziei, to że ona jest. Skoro zaś jest warto w jej kierunku podążać. Raczej szybciej niż później dojdziemy do jej „centrum”, a jest nim Jezus Chrystus. Nadzieja służy tylko i wyłącznie do tego, żeby przyprowadzić nas do jej źródła – do miłości ukrzyżowanej i zmartwychwstałej, że nieco wejdę w patos, ale inaczej się nie da. Im więcej ludzi ku tej drodze pchniemy, im więcej zabierze się niechby tylko z ciekawości, tym więcej dostanie szansę na spotkanie z Jezusem.
Wspólnota: Mieliśmy kolejny raz okazję spotkać się. Każdy coś wniósł, każdy coś przyniósł, każdy coś zrobił, każdy się czymś (choćby na grupie) podzielił. Najważniejsza we wspólnocie jest mimo wszystko obecność. Z obecności tworzy się jedność, w obecności ją widać. Te nasze spotkania są swoistym czasem poza czasem. Mówi się o oderwaniu od rzeczywistości na okoliczność wydarzeń rekolekcyjno-modlitewnych, a ja na przekór zastanawiam się czy aby nie są one wejściem w samo centrum rzeczywistości. Bo gdzie ona jest ta mityczna rzeczywistość. Ona jest w drugim człowieku, w oczach mojej żony, tam gdzie mieszka Duch Święty. Nie ma przecież nic bardziej rzeczywistego niż Bóg. To z Niego pochodzi to, co ja postrzegam jako rzeczywistość – wszystko inne jest fikcją, wszystko inne zwyczajnie nie istnieje. Tak bardzo trzeba mi i pewnie nam wszystkim poczucia realności Boga.
Podziękowanie: Bogu niech będą dzięki, a że jest On w każdym z was kochani (przez Boga) niech nikt nie czuje się pominięty.
P.S Gdy moja żona zobaczyła z troską (powiedzmy, że pominę jakąś fałszywą nutę, a może się zwyczajnie przesłyszałem) zapytała: a kto to przeczyta? Jeżeli doczytałaś/eś ten tekst aż do postscriptum – należy ci się order z buraka.
Piątek - 21.03.2025r.
Sobota - 22.03.2025r.
Niedziela - 23.03.2025r.
Pozostałe aktualności
-
Spotkanie Diakoni Liturgicznej
-
Znaki nadziei - 26 Diecezjalna Pielgrzymka Krucjaty Wyzwolenia Człowieka
-
Oaza modlitwy 21-23.03.25r – ŚLADAMI ŚWIĘTEGO JÓZEFA
-
Oaza modlitwy
-
I Bezalkoholowy Bal Karnawałowy w Nisku
-
Spotkanie opłatkowe
-
Niedziele Świadectw - Parafia Dzwola i Parafia Chrzanów
-
Oaza Kapłańska
-
Niedziele Świadectw - Wierzchowiska, Majdan Obleszcze, Domostawa, Zdziary
-
Niedziele Świadectw - Parafia Potok Wielki i Parafia Branew





































































































